Waldemar Sagan: Awans? Nie ma innej możliwości


Waldemar Sagan w karierze menedżersko-trenerskiej osiągnął niemal wszystko. Pod jego kierownictwem bydgoski zespół zdobył m.in. złoty medal Mistrzostw Polski oraz dwukrotnie sięgnął po Puchar Polski. Nie zabrakło również sukcesów na arenie międzynarodowej. Miniony sezon przyniósł jednak rozczarowanie, bowiem GCB Centrostal nie zdołał utrzymać się w ekstralidze i po 16 latach znów zagra na zapleczu najwyższej klasy rozgrywkowej. O przyczyny degradacji, a także o plany na przyszłość zapytaliśmy menedżera bydgoskiego klubu - Waldemara Sagana.
Łukasz Górka: - Jakich słów użyłby Pan, żeby opisać miniony sezon GCB Centrostalu?
Waldemar Sagan (menedżer i wiceprezes Klubu Sportowego Pałac Bydgoszcz): - Na pewno sezon był bardzo trudny dla nas. Nie przewidywaliśmy, że tyle się w nim wydarzy, w sytuacji gdzie byliśmy poddani ciężkiej próbie. W trakcie rozgrywek natrafiliśmy na huśtawkę nastrojów naszej drużyny.
- Jakie cele postawił zarząd przed rozpoczęciem rozgrywek?
- Przede wszystkim utrzymanie dobrego poziomu gry z ubiegłego roku (Centrostal Focus Park zajął czwarte miejsce - przyp. ŁG.). Chcieliśmy walczyć o miejsce w środku tabeli, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że wykrystalizowała się silna czwórka, ale mieliśmy ambicje, by z kimś z tej czwórki wygrać. Początek pokazał, że jest możliwe, bo w pierwszych rundach Pucharu Polski zwyciężyliśmy Winiary Kalisz.
- Momentem przełomowym zdecydowanie był uraz kolana Marty Pluty.
- Kontuzja Marty spowodowała w lidze zaskakujące sytuacje. Sytuacje, z którymi zespół sobie nie poradził. W pierwszym meczu LSK drużyna zwyciężyła Energę Gedanię Gdańsk. Wówczas na pozycji rozgrywającej grała Justyna Łunkiewicz, a to oznaczało, że GCB Centrostal może i potrafi wygrywać z ekipami spoza tej "wielkiej czwórki". Następnie triumfowaliśmy w spotkaniu z Białymstokiem. Jeszcze wtedy przeciwnicy bali się naszego statusu. Dopiero kiedy przegraliśmy kilka meczów po kolei, w nasze szeregi wkradła się nerwowość i niepewność. Nie było tajemnicą, co jest naszą słabą stroną. Zespołowi zabrakło również determinacji i nie mówię tu o jednej zawodniczce, tylko o całym zespole.
- Czyli sugeruje Pan, że jednym z głównych problemów zespołu była mentalność?
- Na pewno. Zespół nie był przygotowany psychicznie na walkę o byt w LSK. On miał w świadomości, że w tej lidze się zagnieździł i problem spadku go nie dotyczy. Natomiast wraz z rozwojem ligi, zaczęły się problemy. Bo jeżeli zespół przegrywa kilka meczów z rzędu, to te porażki na pewno odciskają piętno na jego psychice. Wtedy zaczęła się nerwówka. To powodowało np. sytuacje, że w decydujących momentach zawodniczki bały się podjąć ryzyko i wziąć na siebie ten ciężar odpowiedzialności. Jednak co muszę podkreślić, zespół nasz był słabszy od tego, który mieliśmy w ubiegłym sezonie. Ponadto, warto powiedzieć o konkurencji. W świecie sportowym, tak jak i w kapitalizmie słabsi upadają. Natomiast, żeby sprostać konkurencji trzeba mieć odpowiedni budżet.
- Mimo to, zespół na papierze prezentował się nieźle, a w jego składzie było kilka doświadczonych zawodniczek.
- Nie było z nami od początku Ewy Kowalkowskiej, która liderowała zespołowi przez wiele lat. Ewa dołączyła do drużyny dopiero w grudniu i nie mogła od początku grać na wysokim poziomie. Swój normalny pułap osiągnęła w końcówce sezonu. W okienku transferowym opuściła nas także Karolina Ciaszkiewicz, która zdobywała bardzo wiele punktów. Jeżeli tych dwóch siatkarek zabrakło i wypadła Pluta to okazało się, że żadna z zawodniczek nie wykreowała się na liderkę. Teoretyzując, gdyby Marta nie złapała kontuzji dziś nie rozmawialibyśmy o spadku.
- Z założenia miała nią być Joanna Kuligowska, którą z zawodniczki defensywnej, czyli grającej głównie w przyjęciu i w obronie, biorącej udział w akcjach kombinacyjnych, zamieniono na siatkarkę stricte ofensywną.
- "Jadzia" liderką nie była. Dodatkowo nasza gra się znacznie uprościła, a Asia dostawała głównie wysokie piłki. W tych z kolei ona nie czuje się najlepiej, bo brakuje jej odpowiednich warunków fizycznych. Liderką była zdecydowanie Ewa Kowalkowska, która m.in. w meczu z Białymstokiem zdobyła 25 punktów! Gdybyśmy mieli takiego lidera od początku, to brak rozgrywającej nie stanowiłby problemu. W zespole nie znalazła się siatkarka, która miała charakter przywódczy. Siatkarka, która w decydującym momencie potrafiła krzyknąć do rozgrywającej "graj do mnie, ja skończę". Nie obyło się także bez wahań formy. Dorota Ściurka potrafiła grać bardzo dobrze, świetnie przyjmować i atakować, ale zdarzały się mecze tragiczne w jej wykonaniu.
- Należy sobie zadać pytanie, dlaczego w momencie kiedy wypada za składu jedna zawodniczka, zespół momentalnie traci formę, chociażby tę z pierwszych rund Pucharu Polski, gdzie GCB Centrostal zajął piąte miejsce?
- Jeżeli przeanalizujemy wyniki z ostatnich lat i spojrzymy w składy zespołów, które spadały z ligi, okaże się, że degradowane były drużyny nie posiadające w kadrze doświadczonej rozgrywającej. W Gwardii Wrocław grała reprezentantka Polski juniorek - Marta Haładyn, w Piaście Szczecin była Szymańska, szkolona w SMS-ie. Oba zespoły spadły z ligi i niestety teraz nas to dotknęło. To powoduje, że rozgrywająca jest mózgiem zespołu. Dlatego też podjęliśmy decyzję, żeby sprowadzić Gałkinę. Sądziliśmy, że zespół z nią będzie grał lepiej, a samej zawodniczce nie będzie się udzielał taki stres jak Justynie Łunkiewicz. Ona pokazała się w kilku meczach z bardzo dobrej strony. Dlaczego nie potrafiła zaaklimatyzować się w pierwszej szóstce? Nie wiem. Ja ze swojej strony zrobiłem wszystko, żeby zespół miał dwie rozgrywające i mógł w spokoju trenować.
- Po zwycięstwie nad Winiarami Kalisz (GCB Centrostal wygrał 3:0 - przyp. ŁG) wielu myślało, że problemy bydgoszczanek są już przeszłością. Jak się okazało, triumf nie był punktem zwrotnym w poczynaniach zespołu.
- Zwycięstwa nad Winiarami i jeszcze wcześniej nad Stalą Mielec dawały argumenty, że ten zespół może grać dobrze, a przede wszystkim wygrywać.
- W minionym sezonie mieliśmy także do czynienia z sytuacją bez precedensu. Zespołem kierowało aż trzech trenerów, którzy mieli różne wizje szkoleniowe. Żadna z nich nie pozwoliła na przezwyciężenie problemów GCB Centrostalu.
- To że jest dwóch trenerów w zespole to jest norma. Można powiedzieć, że u nas było dwóch różnych szkoleniowców: Jacek Grabowski i Piotr Makowski. Właśnie ten drugi mógł wprowadzić coś nowego, bo od pierwszego treningu razem pracowali Jacek Grabowski i Maciej Kosmol. Trudno, żeby sztab szkoleniowy miał inne wizje, bo gdyby tak było, nie pracowali by razem.
- To dlaczego włodarze klub od razu nie zdecydowali się miejsce po Jacku Grabowskim wypełnić osobą Piotra Makowskiego, skoro Maciej Kosmol kontynuował politykę szkoleniową poprzednika?
- W tamtym momencie jeszcze nikt nie dopuszczał możliwości, że nie znajdziemy się w fazie play-off. Naturalną koleją rzeczy jest zastąpienie pierwszego trenera drugim. Ponadto, Maciej Kosmol przekonał zarząd, że zdoła wyciągnąć zespół z tej niepewności. Natomiast Piotr Makowski miał inne obowiązki. On został koordynatorem w klubie. Jak się później okazało, musieliśmy dokonać zmiany, bo sytuacja drużyny robiła się nieciekawa.
- Złą passę można było przezwyciężyć wygrywając z poznańskimi akademiczkami w ostatniej kolejce.
- Dlaczego nasz zespół wówczas nie wygrał z AZS-em? Do dzisiaj nie wiem. Poznańska drużyna nie prezentuje wysokiego poziomu. Albo zespół nie wytrzymał presji, albo zabrakło wspomnianej przeze mnie determinacji.
- Jakie argumenty przemawiały za zatrudnieniem Jacka Grabowskiego, zważywszy na fakt, że trenowana przez niego męska drużyna Gwardii Wrocław nie radziła sobie w rozgrywkach Polskiej Ligi Siatkówki?
- To jest szkoleniowiec, który przez wiele lat trenował żeńska drużynę Gwardii. Między innymi to Piotr Makowski zaproponował Jacka Grabowskiego z racji doświadczenia. Założenie było takie, że zespół potrzebuje impulsu, który miał mu dać właśnie nowy szkoleniowiec.
- W jednej z bydgoskich gazet można było doszukać się informacji, że Jacek Grabowski był skonfliktowany z zespołem? Czy jest w tym stwierdzeniu odrobina prawdy?
- Nic na ten temat nie wiem. Był taki moment, kiedy zespół zauważył, że jest problem. Wówczas siatkarki dorastały do tego, by stwierdzić "z tym trenerem nie osiągniemy sukcesu". Natomiast otwartego konfliktu nie dostrzegłem.
- Petia Cekowa to siatkarka niezwykle utalentowana, ale potencjału tej zawodniczki nie udało się w pełni wykorzystać.
- Nad tym ubolewam najbardziej. Ta dziewczyna będzie kiedyś grała w siatkówkę na wysokim poziomie. Jest skoczna, potrafi atakować, ale niestety jest bardzo nieregularna.
- Natomiast ja miałem wrażenie, że Petia nie potrafiła odnaleźć się w naszej - polskiej rzeczywistości.
- Tak rzeczywiście bywa, że jak ktoś przychodzi w inne środowisko to jest trochę wyalienowany. Siatkarz z 10-letnim stażem sobie poradzi, ale Petia to bardzo młoda dziewczyna (21 lat - przy. ŁG). Dla niej wyjazd stanowił wyzwanie. Jeżeli ona będzie grała w dobrych klubach, to nie mam wątpliwości, że jeszcze o niej usłyszymy. Na treningach Petia była inną zawodniczką. Grała z pasją, wykonywała fantastyczne ataki, natomiast w meczach była inną siatkarką - zdenerwowaną, popełniającą liczne błędy.
- Po stronie sukcesów należy zapisać z pewnością występ drugiego zespołu Pałacu, który z powodzeniem rywalizował w II lidze, zajmując trzecią lokatę.
- Należy się tylko cieszyć. Sukces jest tym większy, że Pałac II WSG składający się z juniorek i kadetek zajął trzecie miejsce w rywalizacji z seniorkami. Zdajemy sobie sprawę, że możemy wyszkolić zawodniczki, które trafią do pierwszego zespołu. Ważne są też inne aspekty. Warto stworzyć młodym dziewczynkom szanse, by w sposób racjonalny spędzały czas. My taką możliwość im dajemy.
- Siatkarscy kibice określani są często siódmym zawodnikiem na parkiecie. W tym sezonie frekwencja na trybunach była bardzo niska.
- Trudno o to, by klub sam organizował kibiców. Według mojej oceny, naszym problemem jest to, że my przyzwyczailiśmy ich do grania o wysokie cele. Teraz, kiedy znacznie spadł nasz poziom większość kibiców nie chciała już oglądać zespołu bijącego się o utrzymanie. Ponadto, Łuczniczka nie jest halą przyjazną dla kibiców.
- Czy w związku z tym, możemy się spodziewać, że bydgoszczanki powrócą do Astorii?
- Nie, nie ma takich planów. Zastanawiamy się, jak stworzyć lepsze warunki do kibicowania. Zasygnalizowaliśmy pomysł, żeby zamontować w Łuczniczce trybuny rozsuwane, które umożliwią umieszczenie fanów bliżej parkietu. Na pewno trzeba stworzyć taką sytuację, żeby zespół miał atut w postaci własnych kibiców.
- Monika Smak ma być zawodniczką, na której opierać się będzie gra w najbliższym sezonie. Jednak powroty po urlopach macierzyńskich nie zawsze okazują się tak owocne jak w przypadku Dominiki Leśniewicz lub Włoszki - Simony Gioli. Jest Pan świadomy ryzyka tego transferu?
- Znam tę zawodniczkę bardzo długo. Jest doświadczona, grała m.in. we francuskim Cannes. Co do jej techniki i umiejętności nie ma żadnych wątpliwości. Ważne jest przygotowanie fizyczne, a żeby mieć pewność, że wraz z rozpoczęciem sezonu będzie w wysokiej formie, zacznie trenować z nami od początku.
- Kończąc... czy drużyna Piotra Makowskiego awansuje do PlusLigi Kobiet za rok?
- Nie ma innej możliwości, jeżeli chcemy nawiązać do tradycji sprzed lat. Ten sezon ma być utrzymaniem poziomu, a w między czasie trzeba stworzyć budżet na poziomie 4-5 milionów złotych, który da nam szanse grać o medale. Jednak gdy będziemy mieli takie same warunki jak w tej chwili, to nie mamy na to szans.
- Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję.
Rozmawiał Łukasz Górka