

Zbigniew Wójcik – jeden z najbardziej doświadczonych zawodników Zawiszy Bydgoszcz SA. Bydgoski klub jest dziesiątym przystankiem w jego piłkarskiej karierze. Jak wspomina poprzednie etapy swojej sportowej przygody, dlaczego, pomimo 5 lat spędzonych w Poznaniu, nie sprowadził do stolicy Wielkopolski swojej rodziny i czy czuje się współodpowiedzialny za odbudowę piłki nożnej w mieście nad Brdą – o to spytaliśmy wychowanka Kuźni Jawor.
Piotr Młynarczyk, Eryk Dominiczak: - Jak rozpoczęła się Pana przygoda z piłką nożną?
Zbigniew Wójcik (obrońca Zawiszy Bydgoszcz SA): - Zaczynałem w rodzinnej miejscowości, w Kuźni Jawor. Grałem tam jako młody chłopak i przeszedłem wszystkie szczeble juniorskie. W wieku 17-18 lat zostałem oddelegowany do kadry seniorskiej. Kiedy miałem 21 lat zostałem sprzedany do drugoligowej Lechii Dzierżoniów.
- Przygoda z Lechią trwała tylko rok. Później przeniósł się Pan do Wrocławia.
- Rzeczywiście, w Dzierżoniowie spędziłem tylko rok. Potem na cztery związałem się ze Ślęzą Wrocław. Po pewnym czasie w klubie zaczęło się nie najlepiej dziać, więc zostałem wypożyczony na pół roku do wronieckiej Amiki. Po zakończeniu się okresu wypożyczenia, wskutek braku porozumienia pomiędzy klubami w sprawie transferu definitywnego, wróciłem do Ślęzy. Następnie na rok trafiłem do Górnika Wałbrzych, gdzie też ostatecznie nie układało się najlepiej.
- Nie myślał Pan wtedy o tym, żeby wyjechać za granicę?
- W pewnym momencie, szczególnie w obliczu problemów w Ślęzie, miałem taką koncepcję, żeby wyjechać z Polski i zarobić pieniądze w innej lidze. Konkretnych propozycji nigdy jednak nie było z żadnego zagranicznego klubu, w dodatku nie chciałem zostawiać żony samej i ostatecznie pozostałem w Polsce.
- Pozostał Pan w kraju i podpisał kontrakt z lubinieckim Zagłębiem. Lubin jest położony niedaleko Pana rodzinnej miejscowości – Jawora. Czy grało się Panu łatwiej, będąc w pobliżu domu?
- To był bardzo miły okres w mojej karierze, ponieważ mogłem na stałe mieszkać z rodziną w Jaworze. Do Lubina miałem zaledwie 40 kilometrów, więc mogłem spokojnie dojeżdżać na treningi z Jawora.
- W Lubinie grał Pan między innymi z Robertem Mioduszewskim. Czy fakt, że znacie się z występów w tym klubie ma jakieś przełożenie na występy w Zawiszy Bydgoszcz SA?
- Graliśmy ze sobą kilka spotkań. Występowaliśmy w jednym klubie tylko przez jedną rundę. Pomimo, że nie zagrzałem w Zagłębiu zbyt długo miejsca, nie uważam tego czasu za stracony. W jakimś stopniu pomaga nam to, że znamy się trochę dłużej. Wiemy, na co możemy wzajemnie liczyć i czego oczekiwać, choć, jak wspomniałem, nie graliśmy ze sobą zbyt długo.
- Kolejne dwa lata spędził Pan ponownie we Wrocławiu, ale w barwach lokalnego rywala Ślęzy – Polaru. Jednak prawdziwy przełom w Pana karierze nastąpił w 2001 roku po transferze do Lecha Poznań.
- W Polarze spędziłem dwa lata, po czym pojawiła się szansa przejścia do poznańskiego Lecha. Trenerem tego zespołu był wtedy Bogusław Baniak i to on był inicjatorem mojego transferu do stolicy Wielkopolski. Miałem równoległą propozycję z Polkowic, ale konkretna oferta pojawiła się właśnie ze strony Lecha. Z perspektywy czasu mogę swobodnie powiedzieć, że nie żałuję tego, bo to był dobry strzał. Z Lechem odniosłem swoje największe sukcesy – awansowałem do ekstraklasy, następnie sięgnąłem po Puchar i Superpuchar Polski.
- Spędził Pan pięć sezonów w Lechu, ale nie zdecydował się Pan na ściągnięcie rodziny do miasta.
- W zasadzie wszystko spowodowane było tym, że najpierw podpisałem kontrakt na rok czasu, później przedłużyłem o dwa, natomiast kolejne kontrakty znów wiązały mnie z klubem na 12 miesięcy. Gdybym wiedział wcześniej, że tak się wszystko potoczy, wówczas z pewnością myślałbym nad tym, aby zamieszkać w Poznaniu na stałe. Kiedy jednak żona Beata znalazła pracę w Jaworze, a córka Magda poszła do szkoły zrezygnowaliśmy z tych planów.
- Przed sezonem 2006/2007 zabrakło dla Pana jednak miejsca w kadrze poznańskiego „Kolejorza”.
- Skończył mi się kontrakt i byłem wolnym zawodnikiem. Nikt nie podjął ze mną jakichkolwiek rozmów na temat ewentualnego przedłużenia umowy w Lechu. Niestety, ale niektórzy przy doborze zawodników do zespołu kierują się bardziej metryką, aniżeli umiejętnościami piłkarskimi. Wpływ na to, że nie bronię już barw Lecha, miała na pewno fuzja z Amiką Wronki. Wskutek tego połączenia liczba potencjalnych zawodników klubu znacznie się zwiększyła. Sądzę, że gdyby doszło do tej fuzji, pozostałbym nadal w Poznaniu.
- Fuzje i przenosiny to ostatnio temat niezwykle drażliwy w polskiej piłce nożnej. Decydując się na występy w Bydgoszczy nie bał się Pan, że klub powstały w wyniku przenosin Kujawiaka Włocławek do miasta nad Brdą będzie marginalizowany?
- Wiedziałem, do jakiego klubu przychodzę i czego należy tu oczekiwać. Wcześniej kontaktowałem się z kolegami, aby zasięgnąć opinii w sprawie bazy klubowej, kibiców, całej otoczki. Uważam, że podobnie jak Amica okazała się pomocna Lechowi, który występując samodzielnie o licencję, nie otrzymałby jej, co skutkowałoby grą dwie klasy rozgrywkowe niżej. Podobnie jest w przypadku Bydgoszczy. Sądzę, że dobrze się stało, że w tym mieście powstał taki klub jak Zawisza SA, ponieważ dzięki temu można oglądać piłkę na wyższym niż IV-ligowym poziomie. Nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego niektórzy tak przeszkadzają w rozwoju drugiej ligi w Bydgoszczy.
- Czy osoba trenera Bogusława Baniaka również miała wpływ na Pana decyzję o podpisaniu kontraktu z Zawiszą SA?
- W pewnym stopniu na pewno. Znam trenera Baniaka, wiem, jaki preferuje styl gry. Można powiedzieć, że czego się nie dotknie, osiąga sukcesy, więc niewątpliwie to, że jest tu szkoleniowcem, miało znaczenie przy moim wyborze nowego miejsca zatrudnienia.
- Po ubiegłym sezonie w Zawiszy doszło do prawdziwej rewolucji, jeżeli chodzi o formację defensywną, a jednak bardzo długo żaden zespół nie był w stanie strzelić Wam bramki. W czym tkwi tajemnica sukcesu?
- Złożyło się na to kilka czynników. Przede wszystkim musimy pamiętać o tym, że bronimy się tak naprawdę całym zespołem. Już napastnik musi brać udział w grze destrukcyjnej. Mieliśmy tez trochę szczęścia, ponieważ przeciwnicy nie potrafili wykorzystywać okazji, które sobie wypracowali.
- Czy spodziewaliście się tak dobrego startu w bieżących rozgrywkach?
- Faktycznie, w początkowych fragmentach sezonu spisujemy się bardzo dobrze. Nikt się tego chyba nie spodziewał, nawet trener. Do końca sezonu pozostało jeszcze sporo czasu, więc nie należy jeszcze mówić o tym, czy zagramy w ekstraklasie w następnym sezonie, natomiast taki start rozgrywek zobowiązuje. Nie możemy zaprzepaścić takiej szansy, jaką mamy obecnie.
- Czy czuje się Pan współodpowiedzialny za odbudowę piłki nożnej w Bydgoszczy na wysokim drugo- albo nawet pierwszoligowym poziomie?
- Widać, że jest spore grono chętnych, którzy chcą oglądać piłkę na wysokim poziomie. Na pewno przyszliśmy do tego klubu z poczuciem chęci odbudowy tego spotu w mieście. Nie ciąży z tego tytułu na nas jakaś wielka presja, ale na pewno mamy ambicje, żeby bydgoski klub ponownie zagościł w ekstraklasie.
- Grał Pan w Lechu Poznań, klubie, na mecze którego przychodzi kilkanaście tysięcy osób. Natomiast w Bydgoszczy wszystko, co związane ze wsparciem kibiców, znajduje się w fazie budowy.
- Z perspektywy dwóch miesięcy widzę, że na stadionie pojawia się coraz więcej osób. Myślę, że wszystko zaczyna się zazębiać, a wsparcie kibiców jest coraz mocniej odczuwalne. Mam nadzieję, że stadion Zawiszy będzie się coraz mocniej zapełniał.
- Jest Pan jednym z najbardziej doświadczonych zawodników w kadrze Zawiszy SA. Stara się Pan przekazywać swoją wiedzę młodszym kolegom?
- Zdarzają się sytuacje, w których podchodzę do nich i przekazuję im wiedzę nabytą po kilkunastu latach gry zawodowo w piłkę nożną. Mówię im, co moim zdaniem robią źle. Koledzy słuchają mnie, a ja cieszę się, że mogę im pomóc w skorygowaniu błędów.
- Czy chciałby Pan zatem po zakończeniu piłkarskiej przygody zająć się pracą trenerską?
- Szczerze powiem, że jeszcze się nad tym nie zastanawiałem. Na pewno chciałbym wrócić w rodzinne strony, ale czy zostałbym szkoleniowcem, trudno mi powiedzieć. Niestety, ale w Kuźni Jawor brakuje, jak w większości małych klubów, sponsorów, którzy wzięliby na siebie ciężar finansowania drużyny i perspektywy wychowania młodych adeptów piłki nożnej nie są zbyt duże.
- Który z obrońców wywiera na Panu największe wrażenie?
- Mimo że jestem wielkim fanem angielskiego futbolu – gry szybkiej i widowiskowej, to najbardziej cenię defensorów rodem z Włoch – Fabio Cannavaro i Paolo Maldiniego. Podoba mi się ich charakter, nieustępliwość oraz przygotowanie motoryczne mimo już zaawansowanego piłkarsko wieku. Osobiście nie mam jednego wzoru, który staram się naśladować.
- Marzy się Panu jeszcze powrót do ekstraklasy?
- Oczywiście. Chciałbym jeszcze zagrać w I lidze. Kontrakt z Zawiszą SA mam podpisany do końca sezonu 2006/2007 i jeżeli działacze nadal będą widzieli mnie w składzie, to niewykluczone, że znów wybiegnę na pierwszoligowe boiska. Z takim zamiarem przychodziłem do Bydgoszczy, gdyż uważam, że przejście z I ligi do dobrego klubu z zaplecza ekstraklasy również jest dobrym rozwiązaniem. Wiadomo, że konkurencja jest spora. Zwłaszcza, że do naszej ligi przyjeżdża coraz więcej obcokrajowców. Infrastruktura w Zawiszy jest bardzo dobra, stan murawy, jak mówili mi koledzy, również uległ poprawie. Wiem, że w planach jest budowa sztucznej nawierzchni na boisku treningowym. Są więc wszelkie przesłanki do budowy silnego klubu.
- Jeśli nie zostałby Pan piłkarzem to byłby Pan…
- Sam chciałbym to wiedzieć, gdyż od najmłodszych lat dla mnie istniała tylko piłka nożna.
- Jaki jest prywatnie Zbigniew Wójcik?
- Jestem raczej domatorem. Staram się spędzać z rodziną tyle czasu, ile tylko mogę. Wykonywana przeze mnie praca sprawia, że spotykamy się ze sobą tylko raz w tygodniu, więc wspólnie spędzonych chwil nie ma zbyt wiele. Bardzo lubię kino. Podobnie jak w Poznaniu, tak i w Bydgoszczy staram się często chodzić do kina. Jeśli pozwala na to czas, lubię oglądać ligę NBA, walki w formule K-1. Ostatnio więcej oglądam też programów motoryzacyjnych. Powód? Występy Roberta Kubicy w Formule 1.
- Dziękujemy za rozmowę.
- Dziękuję.
Rozmawiali: Piotr Młynarczyk & Eryk Dominiczak