

27-letni skrzydłowy Zawiszy Bydgoszcz SA Damian Staniszewski wyjawił nam, jaki prezent zrobił sobie na 18 urodziny, dlaczego nie przeszedł do Jagiellonii Białystok oraz dlaczego wybiera się z Tomaszem Bekasem nad Wisłę.
- Jak w Twojej ocenie ewoluuje doping na stadionie w Bydgoszczy?
- Jest bardzo duży postęp. Jestem już tu kilka miesięcy i widzę, że coraz więcej ludzi przychodzi i chce kibicować. Motywują ich z pewnością nasze wyniki. Czujemy ich wsparcie. Teraz pojechali za nami do Chorzowa, gdzie pomagali nam jak tylko mogli. Mecz z Jagiellonią w Bydgoszczy, na który przyszło ponad 7000 ludzi pokazał, że gród nad Brdą zasługuje na zespół na dobrym poziomie.
- Jak Ci się podoba Bydgoszcz? Jakie są Twoje ulubione miejsca w mieście?
- Miasto bardzo mi się podoba. Jest kilka ciekawych miejsc, do których lubię się udać. Należy do nich Myślęcinek, gdzie lubię przebywać z moją dziewczyną Moniką. Mieszkam w centrum, więc czasami lubię iść na starówkę. Szczególnie podoba mi się figura pana Twardowskiego, która wyłania się z jednego z budynków na Starym Rynku.
- Macie niewiele wolnego czasu. Jak starasz się go zagospodarować?
- Z Tomkiem Bekasem wybiorę się czasem nad Wisłę, aby łowić ryby. Lubię zwiedzać też różne kraje. Gdy tylko mam trochę więcej wolnego czasu z Moniką jedziemy zagranicę, aby poznać nową religię i kulturę. Byliśmy już w Egipcie i Tunezji. Takie wyjazdy uczą bardzo dużo. Czytam przeważnie książki przygodowe, filmy preferuję o podobnej tematyce. Nie lubię thrillerów i horrorów. Serce moje nie wytrzymuje i zawsze zasłaniam oczy przy scenach grozy (śmiech). Jeśli chodzi o muzykę – wszystko zależy od nastroju.
- Jaka jest Twoja ulubiona liga piłkarska?
- Zdecydowanie najbliższą mi liga jest liga hiszpańska. Ze względu na moje predyspozycje pasuje mi styl gry klubów z Półwyspu Iberyjskiego. Lubię grać szybką, finezyjną, techniczną piłkę. Bardziej realna wydaje mi się jednak liga niemiecka. Myślę, że poradziłbym tam sobie.
- Jakie jest Twoje największe marzenie pozasportowe?
- Oczywiście założyć szczęśliwą kochającą się rodzinę i mieć potomka. Chciałbym na stałe zamieszkać w Płocku, skąd mamy blisko do rodziny Moniki, która mieszka w Płońsku oraz do mojej.
- Jeśli nie zostałbyś piłkarzem to…
- Gdy chodziłem do szkoły najpierw trenowałem z sukcesami lekką atletykę. Biegałem na sprinterskich dystansach – 60 i 100 metrów. Równocześnie trenowałem tenisa stołowego w płockim klubie, który występuje w I lidze. Wygrałem kilka turniejów, więc myślę, że jeśli nie grałbym w piłkę, wybrałbym którąś z tych dwóch dyscyplin.
- Zastanawiałeś się już, kim będziesz po zakończeniu kariery piłkarskiej?
- Chciałbym pozostać przy piłce nożnej i trenować młodzież, którą bardzo lubię. Jak przyjeżdżam na wieś do cioci, gdzie jest bardzo dużo dzieci i młodzieży, to oni po moim przyjeździe spotykają się na boisku. Organizuję im wtedy treningi i mecze, w których sam uczestniczę. To naprawdę wspaniała sprawa i myślę, że z tym zwiążę przyszłość.
- Co wiecie o najbliższym rywalu – Stali Stalowa Wola?
- Na razie dosyć ogólnie poruszany był temat meczu ze Stalą. Wiemy, że jest to bardzo solidny zespół. Pojawiają się opinie, że jest to najsilniejszy z beniaminków. Dokładna analiza będzie następowała od środy.
- Do końca rundy na boisku nie pojawi się już Marcin Klatt, także Ty nie jesteś w pełni zdrowy.
- Szkoda, że zabraknie w najbliższych spotkaniach Marcina, bo jego przyjście do Zawiszy SA poprawiło jakość gry w ataku. Znamy się jeszcze z czasów występów w III-ligowym wówczas Kujawiaku i to procentowało na boisku. Marcin ma podobną charakterystykę piłkarską jak ja. Lubi grać szybko, na jeden kontakt, kombinacyjnie. Z pewnością jest to spore osłabienie. Co do mnie, to nadal doskwiera mi uraz lewej ręki. Podczas spotkania z Ruchem Chorzów dwukrotnie dostałem w tę rękę, przez co boli mnie ona jeszcze mocniej. Lekarz stwierdził, że czekają mnie 4 tygodnie w gipsie. Mam nadzieję, że na tym się skończy.
Kto miał największy wpływ na to, że zostałeś piłkarzem?
- Myślę, że rodzice, a szczególnie tata, który też kiedyś próbował grać w piłkę nożną. Chciał, żebym ja zagrał kiedyś na wyższym poziomie niż on. Zdarzały się takie sytuacje, że wracałem zmęczony po szkole i kładłem się spać, a on wracał, budził mnie i mówił, że mam iść na trening. Zawsze mu ulegałem i teraz dziękuję mu bardzo za to, bo to właśnie on sprawił, że mogę profesjonalnie uprawiać piłkę nożną. Drugą osobą, która miała niebagatelny wpływ na mój rozwój był trener Cezary Raczkowski. Prywatnie bardzo sympatyczny człowiek, do tego bardzo dobry trener. Do dziś utrzymuję z nim kontakt.
- Czy od początku przypisana była Tobie rola napastnika czy też byłeś przekwalifikowywany?
- Grając w ligach juniorskich i to tych z najwyższego szczebla potrafiłem zdobywać 30-40 bramek w sezonie. Byliśmy na mistrzostwach Polski, gdzie zajęliśmy druga lokatę, a ja zdobyłem tytuł króla strzelców. Dobrze czuję się, gdy atakuję z głębi pola, ponieważ moim atutem jest gra jeden na jednego, szybkość i dynamika. Gra na pozycji wysuniętego napastnika wiąże się z grą tyłem do bramki, natomiast ja preferuję grę kombinacyjną, przodem do bramki. Nie ma dla mnie znaczenia, czy gram na lewym, czy na prawym skrzydle. Grałem również kilka miesięcy występowałem jako ofensywny pomocnik, więc każda opcja ofensywna jest mi dobrze znana.
- W klubie z Płocka spędziłeś w sumie 6 lat. Jak wspominasz ten okres swoich występów?
- W pierwszej lidze zadebiutowałem bardzo szybko, bo już rok po przyjściu do Petrochemii. Trenerem w Płocku był wtedy Bogusław Kaczmarek i to właśnie on dał mi szansę zagrania w wieku 17 lat na boiskach ekstraklasy. Dobre występy zaowocowały powołaniem do reprezentacji Polski do lat 21 na dwumecz eliminacji do mistrzostw Europy z Niemcami. Pod okiem Edwarda Klejndinsta byłem na zgrupowaniu we Włoszech, gdzie zagrałem w dwóch sparingach i strzeliłem jedną bramkę. Moja przygoda z kadrą potoczyła się trochę inaczej niż bym sobie tego życzył, ale mówi się trudno. W Płocku też były momenty lepsze i gorsze. Zagrałem kilkanaście meczów w I lidze, ale nie udało mi się strzelić bramki.
- W Płocku nastąpiła rotacja kadrowa i zostałeś wypożyczony do III-ligowej Unii Skierniewice, ale z rodzinnym miastem nie rozstałeś się na stałe.
- Zgadza się. W sezonie 1999/2000 Unia Skierniewice miała aspiracje, aby awansować do II ligi, więc wypożyczenie do tego klubu nie było złym rozwiązaniem. Strzeliłem wtedy 12 bramek, ale nie udało nam się awansować. Do II ligi awansowało sosnowieckie Zagłębie, a ja wróciłem do Płocka, gdzie ponownie zagrałem kilka spotkań w II lidze. Awansowaliśmy, ale ponownie nie było mi dane zagrać w ekstraklasie.
- W Twojej piłkarskiej kartotece pojawiają się dwa kluby z Warszawy. Jak trafiłeś do stolicy?
- Po awansie płockiej drużyny do ekstraklasy zabrakło dla mnie miejsca i zostałem wypożyczony do Hutnika Warszawa, który, podobnie jak Unia Skierniewice, miał apetyt na druga ligę. Plan niestety nie został zrealizowany i ponownie wróciłem do macierzystego klubu, grającego wówczas pod szyldem Orlenu. Miałem podpisać nowy kontrakt, ale podczas jednego ze sparingów doznałem kontuzji, która na 3 miesiące wyeliminowała mnie z gry i do sfinalizowania umowy nie doszło. Po wyleczeniu urazu trafiłem do Gwardii Warszawa, aby odbudować formę.
- Wróciłeś do Płocka, ale zamiast grać, postanowiłeś rozwiązać kontrakt z klubem. Dlaczego tak się stało?
- Po powrocie ze stolicy w Płocku znów nie było dla mnie miejsca. Chciano mnie sprzedać lub ponownie wypożyczyć, ale nie było na mnie kupców. Dlatego też, mając na względzie swój rozwój piłkarski, postanowiłem rozwiązać kontrakt z klubem i przeniosłem się jesienią 2002 roku do IV-ligowej Jagiellonki Nieszawa. Wracając do Płocka, to mam żal do klubu, że nie daje szansy swoim wychowankom. To specyficzny klub pod względem postępowania z zawodnikami, których wychował. Częstotliwość zmian na stanowisku trenera, a co za tym idzie – zmian w kadrze drużyny powoduje, że wynik nie jest taki, jakiego by się wszyscy spodziewali. Z Jagiellonki trafiłem jeszcze do Znicza Pruszków, gdzie w rundzie wiosennej 2002/2003 trafiłem 10-krotnie do siatki, czym zwróciłem na siebie uwagę działaczy III-ligowego wówczas Kujawiaka Włocławek.
- Po udanej rundzie jesiennej sezonu 2003/2004 mogłeś trafić do któregoś z klubów I-ligowych, ale postanowiłeś zostać i walczyć z drużyną o awans do II ligi.
- Miałem kilka ofert z drużyn z najwyższej klasy rozgrywkowej w Polsce, byłem na testach w II-ligowym klubie austriackim, ale nie miał on pieniędzy, aby mnie wykupić, więc zagranicę nie trafiłem. Włodarze Kujawiaka chcieli mnie zatrzymać, a ja też chciałem wprowadzić zespół do drugiej ligi, więc zostałem. Niestety, tuż przed rozpoczęciem rozgrywek rundy rewanżowej zerwałem więzadła krzyżowe w kolanie, co zmusiło mnie do 7-miesięcznej przerwy w występach. Po tym okresie wróciłem do zespołu, ale na początku grałem w rezerwach, wchodziłem na końcówki spotkań w pierwszej drużynie. Musiałem odbudować się po ciężkim urazie, nabrać ponownie pewności w grze.
- W kwietniu 2005 roku funkcję szkoleniowca w klubie przejął Bogusław Baniak. Jak zmieniła się Twoja sytuacja w klubie?
- Kiedy do klubu przyszedł Bogusław Baniak, ja mogłem wreszcie na pełnych obrotach trenować z zespołem. Dostałem szansę grania w pierwszym składzie od początku sezonu 2005/2006. Myślę, że wykorzystałem swoją szansę. Klub zajmował szóste miejsce w tabeli, sam strzeliłem 6 bramek i ponownie znalazłem się w kręgach zainteresowań kilku klubów I i II ligi.
- Zimą postanowiłeś zmienić barwy klubowe i przenieść się do Jagiellonii Białystok. Do Twojego debiutu w klubie z Podlasie nigdy nie doszło, a wokół tego transferu rozgorzała prawdziwa batalia.
- Miałem ważny kontrakt z Kujawiakiem, ale znajdowała się w nim klauzula, że w grudniu będę mógł odejść. Chciałem skorzystać z tej furtki. Jak się później okazało, ten załącznik kolidował z przepisami Polskiego Związku Piłki Nożnej. Chciałem grać w Jagiellonii, gdzie otrzymałem dobre warunki finansowe i sportowe, ale sposób przeprowadzenia tego transferu był niezgodny z prawem. Nie grałem w piłkę ponad 3 miesiące. Zostałem wprowadzony w błąd przez managera, który powinien znać reguły obowiązujące przy zawieraniu umów na linii zawodnik – klub. Spojrzałem na to rozsądnie i postanowiłem wrócić do Zawiszy SA, gdzie dostałem od trenera Baniaka szansę na powrót. Trener wiedział, czego może ode mnie oczekiwać, a ja chciałem ponownie grać o najwyższe cele.
- Po powrocie w klubie zastałeś zupełnie nową sytuację. Klub zmienił siedzibę i nazwę, wokół przenosin narosło sporo kontrowersji. Byłeś na bieżąco z tymi wydarzeniami?
- Starałem się mieć aktualne informacje na temat tego, co się dzieje w klubie. Wiedziałem, że kibice będą mieli do nas żal, że będziemy grali w Bydgoszczy, a nie we Włocławku. Jednak jesteśmy pracownikami i gramy tam, gdzie aktualnie znajduje się nasz pracodawca. We Włocławku została wierna i mocno identyfikująca się z nami grupa fanów. Mam sentyment do tego klubu i zawsze, gdy przejeżdżam przez Włocławek, łza się zawsze w oku zakręci. Myślę, że jeżeli zmiana siedziby była podyktowana chęcią rozwoju sekcji piłki nożnej, to było to dobre wyjście.
- Zawisza SA jest na najlepszej drodze do awansu do Orange Ekstraklasy. Czy Damian Staniszewski strzeli w 2007 roku bramkę dla Zawiszy w pierwszej lidze?
- Bardzo chciałbym, aby tak się stało. Najlepiej w meczu z renomowanym rywalem - Legią albo Wisłą Kraków . W ekstraklasie nie trafiłem jeszcze do siatki, choć byłem blisko – strzeliłem w słupek. W barwach Petrochemii zdobyłem bramkę w Pucharze Polski w dniu swoich 18 urodzin. Jeśli chodzi o nasze szanse na awans, to na razie idzie nam bardzo dobrze, ale należy pamiętać, że do zakończenia sezonu jeszcze bardzo daleko. Teraz przegraliśmy z Ruchem Chorzów, ale nie rozpamiętujemy tego meczu. „Niebiescy” byli tego dnia lepsi, ale my koncentrujemy się na spotkaniu ze Stalą Stalowa Wola.
- Czy zaryzykowałbyś wytypowanie wyniku piątkowego spotkania?
- Wygramy. Myślę, że 1:0.
- Dziękuję za rozmowę.
- Dziękuję.
Rozmawiał Eryk Dominiczak