

Pracy w klubie z ulicy Słowiańskiej podjął się rok temu, najpierw jako wiceprezes ds. marketingu, a następnie prezes zarządu. Przez ten czas przyczynił się do pozyskania wielu sponsorów i wprowadził nową jakość w zarządzaniu klubem. Z szefem KKP Golden Goal Bydgoszcz Krzysztofem Wodzińskim rozmawiamy przede wszystkim o finansach, ale również o celach na nadchodzący sezon, realiach kobiecego futbolu w Polsce i osobistych refleksjach po dwunastu miesiącach pracy z bydgoskimi piłkarkami.

Krzysztof Wodziński jest częstym gościem bydgoskiego ratusza. Tutaj podczas marcowego spotkania z prezydentem Konstatntym Dombrowiczem. / Fot. Mateusz Bosiacki
- Przy wszystkich mankamentach, które towarzyszą panu w pracy w KKP, są również powody do zadowolenia. Przede wszystkim cieszyć powinno zwiększające się zainteresowanie futbolem wśród młodych dziewcząt, co doskonale odzwierciedla liczba zawodniczek, które zgłosiły się w ostatnim czasie do klubu.
- Zgadza się. Zgłosiło się do nas dużo młodych dziewcząt i w dalszym ciągu zgłaszają się nowe. Z jednej strony bardzo się cieszę, a z drugiej reszta włosów wypada mi z głowy. Wracamy bowiem do punktu wyjścia, który nazywa się „pieniądze”. Ażeby bowiem wyszkolić taką liczbę dziewczyn potrzeba odpowiednich środków. Po raz kolejny podkreślam, że nie chodzi tutaj o wielkie kwoty. Koszt całorocznego utrzymania trzecioligowej drużyny rezerw oscyluje w granicach dziesięciu tysięcy złotych. Byłaby to kwota, z której osiągnięcia bylibyśmy bardzo zadowoleni. Budżet drużyny pierwszoligowej powinien z kolei wynosić w granicach 120-130 tysięcy złotych. Nie byłby to co prawda jakiś super budżet, ale mając takie środki nasza sytuacja byłaby bardzo dobra. Nie martwilibyśmy się o wiele rzeczy, a skupili wyłącznie na szkoleniu.
- Cofnijmy się o kilka miesięcy. KKP Golden Goal jako beniaminek I ligi w imponującym stylu gwarantuje sobie zajęcie miejsca nagradzanego walką o Ekstraligę. Co, pana zdaniem, było głównym czynnikiem decydującym o tym, iż nie udało się przebrnąć zwycięsko barażowej rywalizacji?
- Moim zdaniem przeszkodziła nam zbyt krótka ławka rezerwowych. Wystarczyło, że któraś z zawodniczek podstawowego składu była kontuzjowana czy też nie mogła zagrać z innych powodów i od razu odbijało się to na grze całej drużyny. Poza Magdą Siekierską nie było takiej piłkarki, która weszłaby na boisko i potrafiła zmienić obraz gry. Gdy w jednym ze spotkań barażowych nie w pełni zdrowia była Karolina Pancek nasza siła uderzeniowa automatycznie zmalała o pięćdziesiąt procent. Baraże przegraliśmy minimalnie i po bardzo zaciętej walce. Serce chciało awansować do ekstraligi, a rozum podpowiadał zupełnie co innego. Jakbyśmy bowiem wyglądali mówiąc po awansie, że się wycofujemy, bo nas na to nie stać? A prawdopodobnie właśnie tak by było.
- Awans na najwyższy szczebel rozgrywkowy mógłby jednak oznaczać większe zainteresowanie ze strony sponsorów.
- Być może tak by było, sponsorzy mogliby się znaleźć. Muszę podkreślić, że tracimy naprawdę dużo energii na poszukiwania darczyńców.
- Sezon coraz bliżej, czy zatem negocjacje z potencjalnymi sponsorami wkraczają już w decydującą fazę?
- W tej chwili prowadzimy rozmowy z dwoma firmami. Przyznam, że podchodzę do nich z dużą ostrożnością. Z jednym z tych sponsorów spotykam się już kolejny raz i wydaje się, że jest szansa, by został on naszym sponsorem tytularnym. Myślę, że wkrótce sprawa się rozstrzygnie. Gdyby wszystko skończyło się dla nas pozytywnie, to praktycznie natychmiast wzmocnilibyśmy się jeszcze jedną zawodniczką. Bardzo zależy nam na tej dziewczynie, a ona również chce do nas przyjść. Jednak stanie się tak wyłącznie w sytuacji, gdy będziemy mogli sobie na to pozwolić. Nasza zasada jest prosta: nie wydawać więcej aniżeli możemy. Jak już wspominałem w jednym z wywiadów, nie wyobrażam sobie pójść do władz miasta i powiedzieć: „Słuchajcie, awansowaliśmy do wyższej klasy rozgrywkowej, ale jesteśmy zadłużeni i potrzebujemy pieniędzy na spłatę długów.”
- Nie jest jednak tajemnicą, że takie sytuacje się zdarzają.
- Nie wiem. Nie chcę o tym mówić, bo nie chcę nikomu odbierać pieniędzy. Mnie interesuje mój klub. Moim zdaniem polityka przyznawania dotacji powinna się odbywać w jasny, prosty i czytelny sposób: na drużyny występujące w takiej i takiej lidze, dajemy tyle i tyle pieniędzy. Jasno i precyzyjnie.
- Tak, jak zacząłem naszą rozmowę, tak zakończę ją cytując Pańską wypowiedź z posezonowego spotkania z dziennikarzami. Mówił pan wówczas: „Naszym osobnym sukcesem jest to, że udało się zmienić mentalność części zawodniczek.”. Niech pan wyjaśni na czym polegała ta metamorfoza i jak udało się ją przeprowadzić.
- Przyglądając się tym dziewczynom, nie trudno było zauważyć, że na każdy mecz wychodzą wystraszone. A kiedy przyszło im mierzyć się z teoretycznie silniejszym rywalem, to dopiero była tragedia.Ja nigdy nie grałem zawodowo w piłkę, ale razem z grupą znajomych bawiliśmy się w piłkę halową. W tym czasie przeciwko nam grali między innymi byli zawodnicy pierwszoligowego Zawiszy Bydgoszcz! Dostawaliśmy od nich niemiłosierne baty, ale nie powodowało to u nas uczucia strachu czy zniechęcenia. Byliśmy bardzo wściekli i w kolejnych meczach koniecznie chcieliśmy z nimi wygrać. I po kilku latach do tego doprowadziliśmy – pokonaliśmy ich. Podobną postawę starałem się zaszczepić naszym dziewczynom. Wpajaliśmy im, że należy walczyć w każdym meczu do ostatniej sekundy. Przeprowadziłem z zawodniczkami wiele rozmów, wielokrotnie lekko im docinałem, co oczywiście spotykało się z ich wściekłością (śmiech). Mentalność dziewczyn zmienialiśmy również poprzez grę z silniejszymi przeciwnikami. Głównie z drużynami męskimi, gdzie wiedzieliśmy, że rywal jest zdecydowanie silniejszy fizycznie i ciężko będzie o zwycięstwo. Dziewczyny nie były specjalnie zadowolone z takiego doboru rywali, jednak te gry zaprocentowały. Niedawno wygraliśmy pierwszy w historii mecz z mężczyznami (z juniorami LKS-u Dąbrowa Chełmińska – dop mac). Dziewczyny grały do upadłego, walczyły jak równy z równym, a w pierwszej połowie nawet przeważały na boisku. W przeciwieństwie do tego co było kiedyś, dziewczyny grając z mocnym rywalem czują, że mogą coś zrobić, sprawić niespodziankę. Kiedyś przed meczem ubikacja w szatni była niemal cały czas zajęta. W tej chwili nie ma czegoś takiego jak strach przed przeciwnikiem. To przeciwnik ma się bać nas. Z każdym oponentem mamy grać do upadłego niezależnie od jego klasy. Nie wolno lekceważyć słabszego rywala, bo może on mieć lepszy dzień, ale też nie można bać się przeciwnika teoretycznie lepszego, gdyż on akurat może być w gorszej dyspozycji. Ważne, by grać do końca... I wygrać!
ROZMAWIAŁ MACIEJ PIETRZYK